[Recenzja] Jolanta Krysowata – „Skrzydło anioła”

P131027_003501_edit_1

Tytuł: Skrzydło anioła

Autorka: Jolanta Krysowata

Język: Polski

Data publikacji: 2013

Stron: 268

Gatunek: reportaż literacki

Wydawnictwo: Świat Książki

Ocena:  9/10 gwiazdek

Mogę rzec – nareszcie. Wyrwałam się ze szponów szkolnych lektur i zatopiłam w tej, która patrzyła na mnie z przygnębieniem ukrytym w ciemnych oczach oczekując uwagi. Jak obiecałam – wygospodarowałam dla niej czas.

Kontemplując książki spoczywające na półce wybrałam tą, której historia za sprawą innej formy przekazu utkwiła mi w pamięci i wręcz nawoływała, abym w końcu zaczytała się w ukrytej między okładkami treści. Padło na „Skrzydło anioła” autorstwa Jolanty Krysowatej, czyli reportaż ubrany w literackie szaty przedstawiający zadziwiające i dla większości osób nieznane wydarzenie mające miejsce pół wieku temu na terenie Polski.

Mowa o tajnym ośrodku, sierocińcu dla północnokoreańskich dzieci będących ofiarami wojny w Korei, powołanym do życia na początku lat ’50. Wtedy to, ponad 1200 koreańskich sierot, w wieku przedszkolnym i nieco starszych, zamieszkała w Państwowym Ośrodku Wychowawczym w Płakowicach koło Lwówka Śląskiego. Przez kilka lat wiedli tam radosne życie, z dala od wojennych poczynań, powoli przyzwyczajając się do odmiennych realiów, aż do momentu nieuchronnego i niechcianego wyjazdu owianego niepewnością i strachem… Jednakże, tylko jedna osoba nie powróciła z tej podróży do domu – była to trzynastoletnia Kim Ki Dok. Przeszkodą okazała się choroba i śmierć…

Dzięki niej światło dzienne ujrzał polsko-koreański sekret, z którym zapoznałam się nieco wcześniej – za sprawdzą dokumentu zatytułowanego właśnie „Kim Ki Dok” [OBEJRZYJ]… zaś książka jest pewnego rodzaju uzupełnieniem i rozwinięciem pobocznych elementów układanki.

Kim Ki Dok

Część pierwsza

Opowieść rozpoczyna opis wydarzenia będącego podstawą, inspiracją do przeprowadzenia szeroko zakreślonego śledztwa, czyli odnalezienie niewielkiego grobu pewnej Azjatki zachowanego na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu. Odkrywcą okazuje się przyjaciel autorki, który zaciekawiony tym dziwnym znaleziskiem, prosi o próbę rozwiązania nurtującej tajemnicy. Niestety, kwestia nie jest taka łatwa, gdyż trzynastoletnia Kim Ki Dok zmarła 20 września 1955 roku – niecałe 60-siąt lat wstecz.
Jakie dokumenty mogły przetrwać do czasów obecnych? Czy jakiekolwiek jeszcze się uchowały w archiwalnych zakamarkach? Sprawa wydaje się na wstępie przegrana, niemożliwa do wyjaśnienia… zwłaszcza gdy pierwszy trop prowadzi na skraj manowców.
Aż tu nagle cud!
Pani profesor Ludmiła Hirnlowa podaje imię i nazwisko najistotniejszej osoby powiązanej z małą Kim Ki Dok, czyli lekarza Tadeusza Partyki. W ten oto sposób zapoczątkowuje się szereg spotkań i wijące godziny rozmów z przeróżnymi postaciami. Opowiadają one przede wszystkim o życiu lekarza, jego tragicznej młodości, partyzanckiej działalności, artystycznych zamiłowaniach, sercowych dylematach, przygody z medycyną i – co najważniejsze – napotkaniu na ścieżce egzystencji Kim Ki Dok i heroicznej próbie uratowania jej kruchego życia. Tym historiom towarzyszy szereg szczegółów i przejmujące zwierzenia, często wypowiedziane z przemilczeniem pewnych kwestii.

W pierwszej części dowiadujemy się co nie co o koreańskiej dziewczynce – Kim Ki Dok – której istnienie miało pozostać w odmętach nicości, mgły tajemnicy – urywku z pobytu w szpitalu. W latach ’50 i późniejszych o tajnym ośrodku nie mówiło się głośno. Jeśli ktoś coś wiedział, bał się cokolwiek powiedzieć. To, co najbardziej chwyta za serce to zobrazowanie walki o życie koreańskiej sieroty, którą do ostatniej chwili prowadził lekarz Tadeusz Partyka.

„(…) Ta Koreanka zupełnie nim zawładnęła. (…)” 

Pani Danuta Biedrowa, która współpracowała z panem Tadeuszem, raz wybrała się z nim do małej Kim Ki Dok – na przeprowadzenie kolejnej transfuzji.

„(…) Pamiętam ją jak obraz. Blada, oczy podkrążone, jakby sine, czarna główka, włosy krótkie, czarne, aż wpadające w granat. Ta poduszka biała, te włosy, ta cera… Zarys drobnego ciała pod przykryciem. (…) Oddech się pogłębia. Oczy się otwierają. Wielkie. Czarne. Wtedy zobaczyłam, że naprawdę jest piękna. A może wtedy tak się wydawało, przez ten cud powrotu? (…)

Osobiście przyznam, że dostawałam gęsiej skórki podczas czytania fragmentów o metodach leczenia Kim Ki Dok. Nie będę ich przytaczać, gdyż… Demona, jaki dopadł dziewczynką oficjalnie nazwano chorobą Werlhofa.
Podczas gdy w Korei toczyła się wojna, w Polsce również takowa trwała przez trzy miesiące – prowadził ją lekarz Tadeusz Patyka – o Kim Ki Dok. Być może obdarzył ją miłością jak mężczyzna kobietę lub jak ojciec córkę – opuszczoną sierotę. Jedno jest pewne –  poświęcił się dla niej całkowicie. Jednakże, był na straconej pozycji – polityczne jak i zdrowotne czynniki skumulowały się na to stwierdzenie. Wspomina o tym pierwsza żona lekarza Partyki – Hanna, zaś na samym końcu tej części – profesor Rabczyński.
Kim Ki Dok umarła.

Już późno jest
Jesienna mgła i tramwaj obok muru płynie
Osobowicka cisza trwa
Nieprędko minie
Dałaś mi życia trzy miesiące
które i ja Ci dałem może
I zgasło słońce
Jeżeli żywych kochać nie potrafię
Wystarczy to, że byłaś.
Mam tabliczkę przy murze Osobowic
I twoją dziecinną fotografię miła.

Część druga

Najdłuższa, najistotniejsza, zawierająca kwintesencję rozwiniętej problematyki, głównego wątku – pobudzająca wiele sprzecznych emocji i wrażeń. Jak można się domyślić, zawiera szczegółowe opisy życia w tajnym ośrodku – z perspektywy północnokoreańskich sierot jak i ówczesnych pracowników. Trzy lata trwały poszukiwania prawdy o wydarzeniach z przełomu lat ’50 i ’60 XX wieku mających miejsce pod Wrocławiem. Przedstawia relacje jak wyglądało powitanie przybyszów, zaaklimatyzowanie ich w nowym otoczeniu, powolne wdrażanie polskich norm i programu nauczania, zwyczajne próby nawiązania kontaktu i przyjaźni. Kto wcześniej zamieszkiwał niemiecki szpital psychiatryczny przeistoczony w dom dziecka? Jakich starań dokonano, aby stworzyć namiastkę nowego, przytulnego schronienia dla przerażonych sierot?

z14837761Q,Wychowawczyni-Ela-z-grupa-dziewczat--Plakowice-195

Wszystko musiało odbywać się w całkowitym sekrecie – w każdym razie na początku. Po przełamaniu pierwszych barier, gdy myślano, że bajkowo będzie już na zawsze – pojawiły się poważne problemy zdrowotne. Przyznam, że gdy tylko przypomnę sobie ówczesne metody leczenia – nawiedzają mnie ciarki, to nie mieści się w głowie z tak rozwiniętą wyobraźnią – leczenie, które powaliłoby polskiego konia! Szczególnie rozwinięte fragmenty o życiorysie Kim Ki Dok i procesie przywrócenia jej do życia – moja aichmofobia dawała o sobie znać. W tej części dokładniej poznajemy aspekty tragicznej walki doktora Tadeusza o małą Koreankę, której los został z góry przesądzony – przez czyhającą śmierć i polityczne potyczki.

„(…) Jakaś? Ona jest samą miłością. Ona jest aniołem, któremu Pan Bóg przetrącił skrzydło, żeby przytrzymać go trochę dłużej na ziemi i pozwolić coś zrozumieć takim durniom jak ja! (…)”

Powyższy cytat to urywek wypowiedzi doktora Tadeusza, który daje do myślenia odnośnie stopnia, w jakim Kim Ki Dok owładnęła jego myśli i uczucia. Poczynił nawet poważniejsze interwencje, które niestety nie przyniosły pożądanego skutku.

Jednakże, na płaszczyźnie reportażu literackiego nie egzystuje jedynie ponad tysięczna grupa koreańskich sierot i jako osobny wątek – trzynastoletnia dziewczynka, ale również urywki z życia innych postaci, które poznajemy podczas czytania – a jest ich sporo. Każda z nich wnosi coś od siebie, każda z nich ma inne problemy życiowe. Wykreowano misterną mieszankę ludzkich ścieżek, których łącznikiem stał się ośrodek w Płakowicach. Ci poboczni bohaterowie ubarwiają fabułę, gdy znikają – nowi pojawiają się na ich miejsce.
Piętno w mej pamięci wykreowała hisoria nieszczęśliwej miłości Kasi i Juna (oraz jeszcze gorszego zakończenia), małego biedactwa zagubionego w innym świecie, czyli oderwaną od realiów kuzynkę Kim Ki Dok znaną jako Motylega oraz U Jo Ni, bezbronnego mola książkowego całkowicie zatraconego w literackiej czasoprzestrzeni, dla którego mała księgarnia była niczym cud na ziemi. Oczywiście, takich ludzkich dramatów jest więcej, nikt nie ma wpływu na odgórne decyzje, zarządzenia partyjne czy też spiski ambasad. Przypomina mi to antyczne fatum ciążące na północnokoreańskich dzieciach oraz pracownikach, który wtopili się jakoś w odmienną, azjatycką rzeczywistość i na odwrót, a rozstanie było nieuniknione – sam bieg wydarzeń prowadził do jednego, pomimo wszelkich poczynionych starań.

Pod koniec wszystko zaczyna się kruszyć. Cóż, wszystko co dobre nie trwa wiecznie, złote czasy przemijają, następuje brutalna i szara rzeczywistość, po kilku latach nadchodzi przymusowy nakaz opuszczenia terenów Polski. Jednakże – pozostaje nadzieja zawarta w możliwości wysyłania listów… będących cząstką smutku i utopijnych marzeń o ponownym powrocie, próśb i błagań, odzwierciedlenia, że w tej bratniej Korei Północnej wcale tak bajecznie nie jest jak niby miało być. Niestety, na głupocie dorosłych zazwyczaj tracą bezradne i zagubione dzieci. Treść listów (z dodatkami oryginałów) jest niezwykle wzruszająca. Myśląc, że następuje koniec w przypływie wieści o polskich sierotach z koreańskimi korzeniami, pojawia się Kostek – grecki marynarz, który po wypłynięciu w morze gości w porcie Hamhung, a tam spotyka utęsknionych chłopców pragnących usłyszeć ich mowy – polskiej mowy, z Płakowic.

z14837764Q,Dzieci-ubierane-byly-na-wzor-wojskowy

Epilog

Następuje przyspieszenie akcji, relacja życia po życiu – życia różnych osób po Koreańczykach. Nie można wiecznie wzdychać do przeszłości, ale nie da się jej z puchową łatwością wypielić z serca – pomimo iż przypomina raniący chwast, wpływa stymulująco na wszystkie procesy i łańcuchy życiowe trwające w ziemi – egzystencji osób powiązanych z Państwowym Ośrodku Wychowawczym w Płakowicach. Stwarza to pewnego rodzaju dopełnienie, domknięcie pobocznych aspektów, chociaż historia Koreańczyków i samej Kim Ki Dok wydawała się nie mieć końca. Ale… gdzie ten koniec tak naprawdę powinien być? Po przeczytaniu książki przez dłuższy czas wyobrażałam sobie jak mogła wyglądać codzienność dzieci, które musiały powrócić do Korei Północnej – nie z własnego wyboru, a z nakazu wyższych sfer. Jak potoczyły się ich losy? Czy do kresu swych dni wspominali Płakowice, lata swego szczęśliwego dzieciństwa? Czy długo zastanawiały się nad bezsensownością i nieprawdziwością losu? Co czuły, gdy pełne nadziei oczekiwały listów od polskich mam i papów? Jakie rozczarowanie towarzyszyło im, gdy wcześniejsze marzenia runęły w gruzach, gdy okrutne fatum ukazało się w pełnej okazałości? Więcej takich pytań retorycznych nawiedza myśli, chociaż nigdy nie odnajdą się na nie odpowiedzi…
Dobrze, że chociaż mała Kim Ki Dok i doktor Tadeusz Partyka spotkali się ponownie – pośmiertnie – na drugiej stornie – w jednej ziemi, lepiej późno niż wcale – jako jedyna para.

z14837762Q,Tadeusz-Partyka

Podsumowanie

Dzięki zgrabnym konstrukcjom słownym, prostym i krótkim zdaniom nacechowanym emocjonalnymi epitetami, przystępnej czcionce, wciągającej fabule ubarwionej szczegółowymi opisami świata przedstawionego i ukrytego nieco w cieniu reportaż literacki zatytułowany „Skrzydło anioła” czyta się oddanie i z zainteresowaniem. Archiwalne zdjęcia zawarte we wnętrzu książki dodają sentymentalnego uroku, powodują zawieszenie myśli. Można dowiedzieć się więcej o kilkuletnim pobycie Koreańczyków pod Wrocławiem (i nie tylko), a za razem doznać poczucia, że całość jest literacką fikcją w swej czystej formie. Gdzie jest granica? Wie tylko autorka.

Chociaż momentami przeszkadzał mi natłok informacji, pobocznych wydarzeń, plątały mi się osoby i wiążące się z nimi sytuacje, zawsze jakoś odnajdywałam się w polsko-koreańskim zgiełku z drugiej połowy XX wieku. Nie sposób ukryć, że tematyka jest niezwykle przygnębiająca, gdy zagłębimy się w przemyślenia i dalsze wyobrażenia, jednakże polecam lekturę wszystkim osobom, które pragną powiększyć swoją wiedzę, tym razem o Korei Północnej – i jej powiązaniom z Polską za wojennych chwil. Trochę wzruszenia nikomu nie zaszkodzi.

P131027_085830_edit_1

ilustracje: „Skrzydło anioła” |  screen z filmu dokumentalnego „Kim Ki Dok”

서희

Reklamy
Dodaj komentarz

2 Komentarze

  1. Miu Miu

     /  01/21/2014

    Z zainteresowaniem przeczytałam Twoją recenzję – aż zachciało mi się sięgnąć po tę książkę. Pomysł na blog o koreańskiej tematyce bardzo ciekawy – powodzenia! (także na maturze :)) Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    • Ślicznie dziękuję za miłe słowa:) Bardzo cieszę się, że moja recenzja przypadła do gustu… i zainspirowała do przeczytania książki. Serdecznie polecam:)

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

  • 한•문•시

    LogoHanMunSinew

    Zgodnie z Ustawą z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych nie zezwalam na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zdjęć i tekstów bez mojego przyzwolenia.

    Dziękuję

  • Wizyt

    • 44,706
  • Archiwum

  • %d blogerów lubi to: