[Opowiadanie] …Koreański wątek w urywku z życia Cezarego Baryki z ‚Przedwiośnia’…

Powołałam 한•문•시 do wirtualnej egzystencji w blogowej krainie z kilku powodów – przede wszystkim, aby móc dzielić się osobistymi tłumaczeniami poematów – promować koreańską poezję oraz literaturę. Jednakże, poszukiwałam miejsca, gdzie mogłabym dzielić się własnymi próbami literackimi, opowiadaniami składającymi się na większą całość, szkolić indywidualny styl. Aby móc wysłuchać opinii nie tylko mej oddanej recenzentki, która zna treść tuż przed publikacją, ale innych osób – a to pomaga rozwijać twórczość.

Jakiś czas temu, po ukończeniu lektury zatytułowanej „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego, dostałam zadanie (jak reszta mojej klasy) – aby stworzyć kontynuację żywota głównego bohatera, Cezarego Baryki – zarazem – obsadzając bieg wydarzeń w latach obecnych. Gdy rozpoczynałam pisanie nie spodziewałam się, że AŻ tak poplączę egzystencję biednego Cezarego… który marnie skończył według mojej opowieści.

Wprowadzam powiew odmiennej świeżości i udostępniam kreatywną pracę domową nie powiązaną typowo z Kisaeng, poezją koreańską, czy innymi wątkami Kraju Spokojnego Poranka… A nie! Przepraszam. Jest jedno… drobne nawiązanie.

Wszystkich zainteresowanych – zapraszam do czytania.
Już wkrótce pojawią się kolejne… zakręcone historie.

•••

-Słowo honoru! Słowo honoru!

Ukłonił się z daleka.

-Czaruś! Nie chodź! Czaruś! – wzywała z rozpaczą, w szalonej męczarni.

Ale on już poszedł. Ale już się nie odwrócił. Zaklęsła się w nim dzikość czucia, jakby serce rozjuszonego jastrzębia zbudziło się w jego piersi, jakby szpony zemściwego jastrzębia u rąk mu wyrosły. Szedł rozbryzgując nogami błoto, pogwizdując z przejęciem, śród drzew głuchych.

Czy ona tam stała? Czy wciąż na niego spoglądała? Nie obchodziło go to, bo i z jakiej racji? Przecież ona teraz mężatka, zaślubiona innemu. Nie będzie demoralizował młodej żonki. A co było wcześniej? Wtedy była jedynie narzeczoną, mogła się rozmyślić. Była w zamążpójściowej fazie przejściowej. Albo w jedną stronę – albo w drugą. Wybrała tą, z której uwolnić jej nie mógł. Już nie teraz, niech sobie sama radzi i cierpi w tym związku. Sama chciała.

-Muszę o niej zapomnieć. – przemówił do siebie Baryka w myślach. – Ale o kim? No właśnie, już zapomniałem.

Czyżby? Chyba nie do końca. Trzeba to zapomnienie pogłębić, podszyć prawdą, dodać kropkę. Aby tego dokonać postanowił się upić. Tak po prostu, po chłopskiemu, do nieprzytomności. A później – niech się dzieje co chce.

Wędrował po warszawskich uliczkach, dryfował na płaszczyźnie nicości. Nie wiedział gdzie tak naprawdę powinien pójść. Zatrzymał się. Spojrzał w górę. Słońce już dawno ukryło się za chmurami.

-Będzie padać? – swe pytanie skierował ku niebu. – Nie mam parasolki.

Te egzystencjalne rozmyślania o pogodzie przerwał mu jakiś chłopaczek. Nie był malcem, ale nie był też dorosłym. Taki podlotek, nastolatek. Ubranie poszarpane jak po spotkaniu ze wściekłym psem i nieumiejętnie odnowione. Buty wykreowane z jakieś tekturki i kilku sznurków. Włosy czarne, albo doszczętnie przybrudzone. Oczy jasne, emanujące żytnim polem. Uśmiech szczery i radosny. Chłopaczek stał tak przed Baryką i trzymał coś w dłoniach.

-Proszę, proszę Pana. – wręczył mu jakąś ulotkę.

-A co to takiego? – zdziwił się Cezary, ale przyjął zgniecioną kartkę papieru.

-Zaproszenie. Dostałem parę gorszy za rozniesienie ich po mieście. Więc zapraszam. – uśmiechnął się i odmaszerował. Utykał na jedną nogę.

Baryka zamyślił się. Czyżby to jakiś znak? Spojrzał na ulotkę, przeczytał na głos słowną zawartość zapisaną odręcznie. Przeczytał na głos:

Rodacy!

Robotnicy, żołnierze, dzieci starcy, ludzie, kobiety, inteligenci i pisarze dramatyczni! Dnia 29 listopada w piątek o godz. 9 wieczór otwiera się: Pierwsza Warszawska Kawiarnia Poetów „Pod pikadorem”, Nowy Świat nr 57. Sumienie młodej Warszawy artystycznej! Wielka Kwatera Główna Armii Zbawienia Polski od całej współczesnej literatury ojczystej. Codziennie od 9-11 wielki turniej poetów, muzyków, malarzy. Łączcie się.

Baryka ponownie się zamyślił. No tak, dzisiaj piątek, 29 listopada. Zbliża się godzina 9. Mniej więcej wie, jak dotrzeć na wskazaną ulicę. Może pozna kogoś nowego, może zacznie myśleć o czymś innym. Tak, tak! To czego szukał właśnie na niego czeka. Pięć marek jeszcze ma. A jak nie to da coś innego pod zastaw.

Cezary szybko spojrzał na dalszy ciąg zdań i zatrzymał się na:

Propozycje matrymonialne – tylko w czwartki.

-O jaka szkoda. Będę musiał czekać tydzień. – Cezary wybuchnął zawiedziony. – Przynajmniej pogadam sobie z tym Tuwimem. Coś musi być z nim nie tak. Może się dogadamy.

Cezary zgniótł ulotkę i schował ją do kieszeni. Powędrował „Pod Pikador”, raz człowiek żyje. A jemu już to życie zbrzydło. Ah, te kobiety!

***

Co wydarzyło się dalej… Trudno jednoznacznie stwierdzić. Bryka pamięta dziwne występy, jeszcze bardziej zadziwiające wiersze. Jakiś człowiek uważnie go obserwował od chwili, gdy tylko pojawił się wewnątrz lokalu. Był to jakiś tam Lechoń. Strasznie nieprzyjemny. Zabronił mu usiąść przy stoliku, który Cezary sobie akurat obrał za cel. Usłyszał, że pachnie od niego złą energią polityczną, że musi jeszcze ochłonąć. Tak więc Baryka usiadł gdzieś indziej. Poznał Tuwima – jakiś milczący i poddenerwowany był. Pewnie ten Lechoń i jemu zabronił usiąść tam, gdzie chciałby.

Cezary wypił coś, szklanka za szklaną. Coś zielonego, mocnego, łaskoczącego w przełyk i po czwartej szklance kreującej gwiazdki przed oczami. A na dodatek – inne obrazki i stworzenia. Co działo się na scenie? Nie pamięta… tylko ten alkohol mu w głowie szumiał. I ten mężczyzna z czarnym kapturem na głowie. Wybuchł jakiś skandal, wszyscy krzyczeli. Zrobiło się niebezpiecznie. Policja nadjechała. Mężczyzna w kapturze zabrał Barykę ze sobą, prowadził, a raczej niósł całkowicie wstawionego, oderwanego od rzeczywistości. Mówił, cały czas mówił. O wierze? O jakimś budynku? O lepszym życiu? Nie wiadomo… ale jedno jest pewne – Baryka przesadził, oj przesadził.

-Za dużo wypiłem. – powiedział do siebie, gdy w końcu powróciła do niego świadomość i przyczepność do ziemi.

Wszyscy spojrzeli na niego karcąco i poczęli uciszać.

-No co, chciałem tylko coś powiedzieć! – Cezary wzburzył się i wstał.

O, siedział? Na ławie, przy wielkim stole. Spożywając bardzo skromny posiłek. Baryka popatrzył po twarzach zebranych. Nagle, rozpoznał tego mężczyznę spod Pikadora. Jego wzrok nalegał, aby Cezary zamilkł i usiadł.

Później Ci wszystko wyjaśnię.

A było co wyjaśniać! Gdzie podziały się jego ubrania? Co to był za jakiś biały habit z czarną narzutą będącą szerokim paskiem zakrywającym jedynie przód i tył, ale sięgającą do ziemi. Skąd ten kaptur? Dlaczego zgolono mu włosy?! Ah, ten zielony trunek. O kilka szklanek za dużo. Ah, te kobiety!

Cezary oczekiwał wyjaśnień, ale długo musiał na nie czekać. Wszyscy zebrani mężczyźni, ubrani na biało-czarno milczeli przez cały dzień. Dosłownie, ani słóweczka, ani szepciku. Baryce było bardzo trudno postępować jak oni, ale każda próba wypowiedzenia choćby krótkiego zdania kończyła się fiaskiem i karcącymi spojrzeniami. Dom wariatów!

Więc milczenie i oczekiwanie.

Gdy słońce zaszło, tajemniczy mężczyzna zaprowadził go na niewielki skwerek. Nie, mały kawałek ziemi odgrodzonej od reszty świata murem. Zrobiło się zimno, ciemno.

-O cóż chciałbyś spytać, bracie Cezary? – przemówił nieznajomy donośnym głosem.

-Hmm. Zacznijmy… Co to ma wszystko znaczyć? Gdzie ja jestem, co tutaj robię? Jak się tutaj znalazłem! To istne szaleństwo! Kim Ty jesteś? – tłumione słowa wybuchły niczym z procy, niczym z bolszewickiej broni.

-Jam brat Wacław. Nawróciłeś się, mój drogi bracie. Zestąpiłeś z drogi zła, aby na zawsze podążać ścieżka dobra.

-A tak po polsku? Może być też po rosyjsku. Nawet koreańsku, chociaż proszę mówić wyraźnie i wolno. – Cezary popadał w paranoję, jakby śnił na jawie.

-Ah, dołączyłeś do Zakonu Cystersów. Nie pamiętasz? Sam się zgodziłeś, wyrwałem się ze szponów zła. Już nic nie będzie Tobą targać – żadna rewolucja, żadna kobieta, żadna zbrodnia. Uporasz się ze swymi myślami, w milczeniu. – brat Wacław uśmiechnął się zadowolony, gdy Cezary popadał w istną otchłań wariactwa.

-Ale jakim prawem… Jak, kiedy? Aż tak dużo wypiłem? Ja tylko chciałem o niej zapomnieć, ale nie trafić do klatki za życia.

Te słowa widocznie zraniły brata Wacława. Cezary to zauważył. Uspokoił się nieco i wziął głęboki wdech. Będzie padać.

-Jaki mamy dzisiaj dzień? – spytał się, aby jakoś załagodzić nerwy.

-Dziś jest czwartek, 13 marca 2013 roku, rozkwit przedwiośnia.

Cezary zapatrzył się w niebo, w przestrzeń ponad murem. Westchnął.

-Czwartek powiadasz. Ah, Tuwim będzie zawiedziony, że nie zjawę się tak jak obiecałem. No cóż, to dopiero przedwiośnie… moje. – zamilkł, opuszczony przez zasmuconego brata Wacława.

Reklamy
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

  • 한•문•시

    LogoHanMunSinew

    Zgodnie z Ustawą z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych nie zezwalam na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zdjęć i tekstów bez mojego przyzwolenia.

    Dziękuję

  • Wizyt

    • 42,004
  • Archiwum

  • %d blogerów lubi to: