[Opowiadanie] …Okrutne déjà vu – życiowa opowieść na jednym oddechu…

tumblr_mldg5rFFVk1ruf965o1_500

Od kilku dni czaiła się, wędrowała za mną historia, którą poniżej streściłam w opowiadanie. Niezwykle mąciła myśli, okrutnie zasłaniała pole widzenia niczym powieki. Przyznam, że po zakończeniu pisania byłam osobiście zdziwiona… gdyż jakoś nigdy w taki sposób nie pisałam. Miałam mieszane uczucia, nie mogąc ich sprecyzować. Zapewne przesadzam, któż wie. Po prostu… jest to coś dziwnego.

Gdy kreuję opowieść jako typowy, trzecioosobowy narrator, wówczas całość wygląda jakby wpasowywała się we względnie uporządkowaną formę. Zaś, gdy osobiście wcielam się w postać, pierwszoosobowego narratora, opowiadam coś za pośrednictwem przekazywania obrazów, które sama widziałam – podczas pisania zatracam grunt pod nogami, odpływam. Płynę pośród słownictwa, wypływam w głębiny zdań wypełnionych plątaniną metafor, epitetów i innych. Niekiedy tworzę coś, co nie posiada rąk i nóg. Zaś innymi czasy całkiem ładnie się prezentuje.

Wczoraj, o trzeciej nad ranem skończyłam poniższe opowiadanie. Sama nie wiem, jakie stanowisko mam przyjąć wobec niego. W jaki sposób przybrało taki kształt – nie pamiętam – po prostu jest.

Wszystkich zainteresowanych – zapraszam do czytania.

•••

Od zawsze fascynację wzbudzało pojęcie déjà vu… od chwili spaceru po zabarwionym jesienią parku, gdy matka zatrzymała się niespodziewanie z trudem łapiąc oddech. Zapatrzona w jeden punkt znajdowała się poza zasięgiem mego głosu, odcięta od świata.

Jak później się okazało, takie przypadki „już to kiedyś widziałam” zdarzały się jej bardzo często. Nie wiem, ile było w tym prawdy, a ile chęci zwrócenia na siebie wszechobecnej uwagi innych. Taka już była. Zaś ja – zazdrościłam, gdyż déjà vu opornie omijało moje myśli, więc mylnie pojmowałam znaczenia tego uczucia kojarząc go z jasnowidztwem.

Nie poddawałam się, uparcie wierzyłam, że wkrótce przekonam się, co tak naprawdę kryje się za specyficznym odczuciem posiadającym niekiedy trudny do opisania posmak… Długo czekałam, aby osobiście przekonać się o nim na własnej skórze. Jednakże, gdybym wiedziała, że zdarzenie mu towarzyszące przyodzieje niekontrolowany obieg i następstwa, raczej podziękowałabym i dalej żyła w błogiej nieświadomości. Wówczas pragnęłam, aby déjà vu zniknęło i nigdy więcej nie powracało… przynajmniej – nie w tak okrutnej formie.

Myślałam, czy rozpocząć od początku swą opowieść, ale ścieżka wiodąca od niego do feralnego wydarzenia jest niezwykle zwiła, długa i z niespodziewanymi urywkami – jak to życie. Sama gubię się w czasoprzestrzeni, miewam trudności w określeniu dokładnej daty. Postaram się zgrabnie i umiejętnie zakreślić kwintesencję, zalążek wstępu będącego niczym prolog do – wówczas – rozpoczynającego się etapu w mym życiu.

Miałam wtedy dwadzieścia sześć lat, świeżo po ukończonych studiach magisterskich pożądałam zmiany, pragnęłam wyrwać się ze szponów normalności, wyruszyć na podbój świata. Jakieś to typowe zachowanie dla młodych ludzi… Cóż za przyziemność. Nic ciekawego… Stara śpiewka. Ale, zaskoczę wszystkich, gdyż odważyłam się i przełamałam monotonność, przeobraziłam marzenia w coś realnego, nie wytrzymałabym zbyt długo w czymś, co nazywałam ‘klatką’. Tak więc, kilka dni po obronie pracy magisterskiej, odrzuciłam propozycję dobrze płatnej pracy odnalezionej poprzez rodzicielskie kontakty, wystawiłam do wiatru narzuconego narzeczonego, który jakże perfidnie wkradł się w łaski ojca, a przy okazji był synem jego najlepszego przyjaciela, niepostrzeżenie zakupiłam bilet w jedną stronę… i któregoś dnia, gdy rodziców nie było w domu, wymknęłam się pozostawiając list na stole… i postanowiłam nie wracać.

Odczuwam, że moja opowieść przypomina pamiętnik, a nie miało tak się stać. Chciałam opowiedzieć o jednym, jakże przedziwnym zdarzeniu jakie mi się przydarzyło, mające powiązanie z déjà vu. Niestety, muszę nieco zarysować fabułę, przedstawić istotne szczegóły, które wytłumaczą, dlaczego osoba, którą pierwszy raz spotkałam, tak naprawdę była osobą, którą kiedyś już spotkałam na swojej ścieżce życiowej.

Wracając do chronologii wydarzeń. Podczas ucieczki z domu do kraju docelowego zahaczyłam o kilka państw, które mniej lub bardziej przyjaźnie powitały w swych progach. Niekiedy podróżowałam pociągiem, niekiedy musiałam przesiąść się do samolotu. Wówczas poznałam pewnego człowieka o kręconych, czarnych jak smoła włosach oraz płytkiej bliźnie na policzku – zwał się Kim Minsook i wraz z pięcioletnią córeczką, małą Yuną o pulchnych policzkach i iskrzących się diabełkach w oczkach, wracał do ojczyzny. Natknęliśmy się na siebie na lotnisku – dziewczynka oblała mnie sokiem jabłkowym. Ot, tym drobnym wypadkiem zapoczątkowała się moja znajomość z jej tatą.

Nie było to zbyt rozsądne – związać się z wdowcem, w dodatku samotnie wychowującym dziecko, mieszkającym w innym kraju znanego mi z opowieści. Rodzice byliby zgorszeni, nawet nie chcieliby słyszeć jak mogłam tak postąpić, być taka … lekkomyślna, ładująca się w problemy. Oczywiście, miałam wątpliwości, ale odzyskana wolność spod rodzicielskich szponów, brak z góry zaplanowanego żywota dodała tyle odwagi, chęci do życia i poznawania świata, chwilowego szaleństwa, że zatraciłam się w nowej rzeczywistości. Ku moim najśmielszym marzeniom – wszystko potoczyło się pomyślnie, nie zderzyłam się z niemiłą niespodzianką od losu. Kim Minsook okazał się dobrym człowiekiem, milczącym i wiecznie zafascynowanym ręcznie robionymi rzeczami – niekiedy wręcz pierdółkami, które cieszyły mnie i małą Yunę. Właśnie – kapryśna i niemogąca zasnąć w nocy mała Yuna szybko nauczyła się, że nie wolno kopać innych ludzi jadących metrem czy też pokazywać humorków w sklepach z zabawkami i słodyczami. Chociaż przyznam, że dużo czasu upłynęło zanim nastąpiły zmiany, ale przed ich zapadnięciem egzystencja w nowym miejscu toczyła się dobrym torem, z lekkimi wybojami.

Od posady w bibliotece, pakowania słodyczy w jednym z siedlisk Lotte World, na dłużej zagrzałam miejsce w wydawnictwie specjalizującym się w publikowaniu książek dla dzieci. Miałam dostarczać pomysły, ktoś inny wykonywał rysunki – zazwyczaj był nim chudy chłopaczek z wielkimi okularami na nosie oraz pieprzykiem nad wargą. Nasza współpraca przynosiła wiele korzyści, sukcesów.

Tak, mijał już czwarty rok od mojego przybycia do Korei, mijał czwarty rok od ostatniego pobytu w rodzinnym domu, mijał czwarty rok spokojnego życia. Tragedia nastąpiła w dniu zaplanowanym na pozyskiwanie dogodnej sali, gdzie miałaby odbyć się nasza ceremonia ślubna – Minsook uległ poważnemu wypadkowi, zginął pod kołami samochodu. Kierowca nie zauważył jak Minsook wychodził zza zakrętu. Na nic zdała się szybka interwencja służb medycznych – mój drugi narzeczony zmarł na miejscu.

Wtenczas – zostałam sama i odczułam konsekwencje ucieczki, przybycia do obcego miejsca. Nie byłam już odpowiedzialna tylko i wyłącznie za siebie – musiałam zastąpić matkę i ojca małej Yunie, wkraczającej do szkolnego świata. Wychować ją tak, aby w przyszłości stała się pewną siebie, ambitną osobą, przeprowadzić przez okres dojrzewania, towarzyszyć podczas trudnej codzienności. Dodatkowo, zarabiać na nasze utrzymanie i nie zatracić się w plątaninie problemów… a było ich sporo. Wszystko spowodowała przeprowadzka – nie mogłyśmy zostać w starym mieszkaniu, gdyż brak odpowiedniej ilości funduszy stawał na przeszkodzie. Przeprowadzka do innego miasta pociągnęła za sobą zmianę mieszkania… zmianę szkoły… zmianę pracy… Zmianę wszystkiego! Tragizm codzienności, zmagania się z realiami chwilami wręcz mnie przytłaczał, a problemy w językowej komunikacji nie ułatwiały sprawy.

Jednakże, nie żałowałam chwili, gdy postanowiłam uciec z domu, być odpowiedzialną za własną przyszłość, nawet jeśli po krótce jeden z finałów, konsekwencji tego czynu nie przyodziały dla mnie barw jasnych, korzystnych. Trudno, takie życie. Najważniejsze, że miałam u swego boku Yunę, dziewczynkę mądrą, chociaż chwilami pyskatą, mającą problemy ze wczesnym wstawaniem.

Ale… gdzie w tym wszystkim déjà vu?

Właśnie przeczuwam, że przeciągam historię opowiastkami niekiedy zbędnymi, mijając się z właściwym celem. Jednakże, proszę o cierpliwość, gdyż oto nadchodzi moment przełomowy, który przybliżył mi odczucie déjà vu… Chociaż w dość specyficzny sposób.

Przemierzając uliczki jednej z dzielnic miasta Daegu, od kilku miesięcy będącego nowym miejscem zamieszkania, nagle Yuna zapatrzyła się na jedną z witryn. Zamyślona, nie zauważyłam kiedy przestała podążać tuż obok mnie. Zawróciłam i przeczesując jej długie włosy, falujące niczym gałązki poruszone podmuchami wiatru, spojrzałam w tym samym kierunku. Yuna zniknęła we wnętrzu sklepu posiadającego asortymentowy miszmasz dla osób lubiących tworzyć coś własnoręcznie. Szybko podążyłam za nią rozglądając się na boki. Magia kolorów wręcz oszołamiała, a ceny okazały się dość przystępne. Po śmierci ojca Yuna podjęła kontynuację jego zamiłowania, chociaż nie miała tyle talentu i wyczucia co Minsook. Najważniejsze było jednak  serce pełne pasji i chęć rozwijania się.

Gdy Yuna poszukiwała potrzebnych dodatków do wykończenia małego pudełeczka na kolczyki, postanowiłam się nieco rozejrzeć. Przy dziale z czystymi notesami mającymi w przyszłości posłużyć jako… skarbnica z zapisanymi przemyśleniami, bajkami dla dzieci bądź zależnie od gustu czy pomysłu, z pustym miejscem osobistą okładką, dostrzegłam stojącego do mnie tyłem mężczyznę. Wówczas poczułam jak dreszcz przypominający przemarsz mrówek przeszedł mi po plecach, na ułamek sekundy straciłam kontrolę nad umysłem, paraliż kończyn przeskoczył również na zdolność oddychania. W głębi rozbłysła jasność dzierżąca dziwny przekaz – „już to kiedyś widziałaś”.

Odniosłam wrażenie, że powtarza się scena z któregoś z przeszłych wcieleń, że kiedyś widziałam to samo – mężczyznę na tle beżowej ściany czytającego zapiski w małym notatniku. Więc tak oto objawia się déjà vu. pomyślałam wówczas.

Gdy tajemnicze uczucie rozprysnęło się jak bańka mydlana, gdy odzyskałam władzę nad zmysłami, gdy powróciłam na ziemię… stało się coś niewyobrażalnego. Jeśli los wtedy chciał sobie zażartować, to nie popisał się poczuciem humoru, gdyż żart okazał się okrutny, z namiastką prawdziwości.

Cóż się wydarzyło? Nieznajomy odwrócił się. Niby rzecz normalna, każdy gdzieś podążając odwraca się, nawraca się, zmienia kierunek. Jednakże, sens tkwił w tym mężczyźnie… który był niczym idealna kopia Minsook’a, skórą żywcem zerwaną ze zmarłego narzeczonego. I oto pojawił się paradoks – przecież Minsook zmarł kilka miesięcy wcześniej. A jednak – nieznajomy miał takie same rysy twarzy, tak samo nasycone czernią włosy, chociaż nieco dłuższe, związane w niedbałą kitkę. Te same delikatne, ale emanujące siłą dłonie przeczesujące kartki notatników. Posturę nieco zgarbioną, przypominającą wędrownego poetę – niczym Minsook spacerujący po lesie. Nos lekko zadarty do góry – niczym Minsook’a. Cóż tu więcej mówić – realny, powracający zaświatów Minsook.

Tak, to już na pewno kiedyś widziałam – napatrzyłam się przez niecałe pięć lat. Zatrwożona podbiegłam do nieznajomego i nie zważając na jego wystraszoną minę, doszukiwałam się blizny na policzku. Uczucie déjà vu minęło – brakowało blizny.

-Minsook? Gdzie twoja blizna? – uniosłam dłonie pragnąc objąć nimi twarz mężczyzny, który ze strachem odsunął się o krok.

-Pani mnie chyba z kimś pomyliła. – wydukał. – Nazywam się Gong Minyeong.

Nie dałam się tak łatwo przekonać. Nawet Yuna, która odnalazła nas w plątaninie działów, początkowo sparaliżowana przez zdziwienie, szybko podbiegła i przytuliła się do nieznajomego mówiąc Tata?

Los brutalnie sobie z nas zakpił – pomyślałam, gdy kilkanaście minut później, po rozmowie z Minyeong’iem przy filiżance kawy, dowiedziałam się wszystkiego o jego życiu. Chociaż oczami dostrzegałam mego niedoszłego męża, tak naprawdę rozmawiałam z kimś innym, z kimś o zupełnie innym charakterze. Podejrzewałam, że mógł on być bratem bliźniakiem Minsook’a, jakimś dziwnym trafem ukrytym przed światem, zagubionym przed laty. Niestety, nie posiadaliśmy dobrego źródła tej wiedzy – rodzice Minsook’a i Minyeong’a od dawna spoczywali w krainie wiecznego snu … ale pozostawały dwa niepodważalne dowody – obydwaj urodzili się pierwszego maja 1982 roku i wyglądali niemalże identycznie.

Razem z Yuną chciałyśmy wierzyć w reinkarnację zahaczającą o ciało, a wymieniającą duszę, co tak naprawdę przeczy kwintesencji reinkarnacji. W zamian, uwierzyłyśmy w dar od bezwzględnego fatum, który zlitował się nad nami – zyskałyśmy kogoś nowego, kto wprowadził promyk radości w nasze życie. Chociaż Minyeong pod względem charakteru różnił się od Minsook’a, chociaż jego widok początkowo sprawiał ból i tęsknotę, po kilku tygodniach spotykaliśmy się niemalże codziennie.

Nie zastąpił ojca Yuny, czy mego narzeczonego o imieniu Minsook… gdyż dzierżył na palcu obrączkę, a w sercu skrywał śliczną dziewczynę o imieniu Jehae lubującą długie sukienki. Ku zaskoczeniu, stał się czynnikiem zamykającym wątek bólu po stracie Minsook’a, pozostawiając jak najlepsze wspomnienia o nim. Pomógł zaaklimatyzować się w nowym otoczeniu, w nowej sytuacji. Stał się przyjacielem, a także nauczycielem języka chińskiego, z którym Yuna miała problemy z nowej szkole.

Dzięki niemu poznałam posmak odczucia nazwanego déjà vu… jeśli przedstawione zdarzenie z mego życia można takim terminem objąć. Za więcej takich wrażeń serdecznie podziękuję, gdyż pragnę doczekać późnej starości.

Oto koniec dziwnej opowieści będącej skrawkiem mej egzystencji… mniej lub bardziej przypominającej zlepek prawdopodobności. Czas sprawdzić, czy Yuna odrobiła lekcje, czy mały kotek zjadł kolację, czy fakty opisane stały się naprawdę, gdyż nadal nie dowierzam.

Późny wieczór z pozbawionym migoczących punktów niebem za oknem,
spokojne obrzeża Daegu

tumblr_mygwdy0AMq1suaw8oo1_250

©
grafika: mimislashlover | littlecloverstar @ tumblr

Reklamy
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

  • 한•문•시

    LogoHanMunSinew

    Zgodnie z Ustawą z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych nie zezwalam na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie zdjęć i tekstów bez mojego przyzwolenia.

    Dziękuję

  • Wizyt

    • 42,004
  • Archiwum

  • %d blogerów lubi to: